Odnośniki
Malbork7
Społeczność
Wieści ze szkoły
Bieszczady Odnalezione
Data: 2015-10-21
Godzina: 01:11
Liczba wyświetleń: 904
Wysiedlenie jest raną...
Kiedy ostatnio dyskutujemy czy przyjąć lub nie przyjąć uchodźców. Cofnijmy się do przeszłości. 68 lat temu miała miejsce Akcja Wisła, w wyniku której przesiedlono na północ i zachód Polski Ukraińców i Łemków z Bieszczad, Beskidu Niskiego i wschodniej Lubelszczyzny. Operacja skierowana  przeciw Ukraińskiej Powstańczej Armii najbardziej uderzyła w ludność cywilną. Wcześniejsze deportacje w głąb ZSRR i Akcja Wisła spowodowały, że domy utraciło około pół miliona ludzi.
- Jedynym kryterium czy ktoś jest Ukraińcem czy Polakiem był chrzest w cerkwi... 1. Dywizja Wojska Polskiego szła i wysiedlała wsie, a 2 Dywizja je paliła, by mieć pewność, że partyzantka UPA nie zajmie ich i nie zgromadzi zapasów. Wysiedlani, oglądając się za siebie, widzieli swoje płonące domy. Politycy potraktowali Bieszczady  jak ziemię niczyją, zasiedloną przez ludzi nieważnych, których można wyciąć i wkleić gdzie indziej w imię strategicznych celów...- mówi Karolina Sulej, autorka wystawy „Chwasty” w Zachęcie.
Wysiedlono nawet  niezwiązanych  już wcale z konspiracją UPA Łemków z Beskidu Niskiego. Mimo upływu prawie 70 lat najbardziej kiedyś zaludnione tereny Rzeczpospolitej zamieniły się w pustkowia, gdyż przesiedlonym nie wolno było wracać.
W ramach innowacji „ Otwarci i obywatelscy” prowadzonej w naszej szkole” przeszliśmy otwartym niedawno szlakiem „Bieszczady Odnalezione” 20 kilometrów, odwiedzając trzy duże wsie, których tak naprawdę nie ma : Jaworzec, Łuh i Zawój. Wchodziliśmy do opuszczonych piwnic gospodarczych, na cerkwiska, znajdowaliśmy studnie , cmentarze, krzyże, resztki fundamentów. Mijaliśmy  wciąż owocujące, bezpańskie sady i pola żółtych Rudbekii w lesie......Odwiedziliśmy też skansen łemkowski w Zyndranowej. Wysiedlenie zawsze jest raną , która długo lub wcale się nie goi..
 
Czy Polska zyskała cokolwiek na akcji "Wisła"?

- Nic, prócz wstydu. Podziemie ukraińskie można było zneutralizować mniejszym kosztem. Spokój od mniejszości narodowej jest spokojem ze stalinowskim rodowodem. Dziś dźwigamy tylko balast, w stosunkach polsko-ukraińskich tkwi dodatkowa zadra. Inaczej mówilibyśmy o polsko-ukraińskich sporach, o Wołyniu, o Galicji Wschodniej, gdybyśmy nie mieli na sumieniu akcji "Wisła".

Dr Grzegorz Motyka - historyk, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN i Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, koordynator programu ukraińskiego IPN. Współautor (razem z Rafałem Wnukiem) książki "Pany i rezuny. Współpraca AK-WiN i UPA w latach 1945-1947" (1997) oraz "Tak było w Bieszczadach. Walki polsko-ukraińskie 1943-1948" (1999)
Całość wywiadu  Pawła Smoleńskiego z Grzegorzem Motyką zamieszczamy poniżej:

Tytuł wywiadu :  Akcja „Wisła”- nic tylko wstyd.



http://lemko.org/gazeta/gazeta042902_files/01kw10.gifZ Grzegorzem Motyką rozmawia Paweł Smoleński (26-04-02 15:52)

Na akcji "Wisła", na przesiedleniu 150 tys. Ukraińców Polska nie zyskała nic. 55 lat temu podziemie ukraińskie można było zneutralizować mniejszym kosztem. Zyskaliśmy spokój od tej mniejszości narodowej, ale był to spokój ze stalinowskim rodowodem. A w stosunkach między oboma narodami tkwi od tamtego czasu jeszcze jedna zadra - mówi historyk Grzegorz Motyka

Paweł Smoleński: Przez lata PRL obowiązywała żelazna wersja wydarzeń: 28 marca 1947 r. w okolicach bieszczadzkiej wsi Jabłonka zginął w zasadzce przygotowanej przez UPA wiceminister obrony narodowej, generał Karol Świerczewski. Była to kropla przepełniająca czarę goryczy. Kilkanaście godzin później najwyższe władze podejmują decyzję o wysiedleniu z terenów południowo-wschodniej Polski polskich obywateli narodowości ukraińskiej. Mija miesiąc, oddziały Wojska Polskiego otaczają ukraińskie wsie, rozpoczynając trwającą kilkanaście tygodni operację deportacyjną. 150 tys. polskich Ukraińców wywieziono na Ziemie Odzyskane, otrzymali tam poniemieckie gospodarstwa, zaczęli nowe, godne życie w co najmniej takich samych, a często w lepszych warunkach. Polska Ludowa podała rękę tym, którzy wspierali bandytów z UPA. Czyli właściwie nic złego, prócz śmierci generała, się nie stało. Pozostawiając na boku okoliczność, którą PRL-owska historiografia się nie przejmowała - że skazanie na wywózkę wielotysięcznej mniejszości narodowej w odwecie za śmierć jednego człowieka, nawet generała, jest wyjątkowym barbarzyństwem - wiadomo, że decyzje leżące u podstaw akcji "Wisła" miały nieco inne korzenie.

Grzegorz Motyka: Żeby opisać akcję "Wisła", musimy cofnąć się co najmniej do 1944 r., gdy Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego i rząd sowiecki podpisały umowę o wymianie ludności. Ukraińcy, Białorusini, Litwini mieli dobrowolnie wyjechać do ZSRR, a Polacy ze Wschodu - na terytorium Polski lubelskiej. Rychło okazało się, że dobrowolność wyjazdów, tak z Polski, jak i do Polski, była fikcją. Umowę podpisano m.in. po to, by utwierdzić nową linię graniczną, narzuconą przez Moskwę. Pamiętajmy, że rzecz działa się jeszcze przed konferencją w Jałcie, która zatwierdziła niemal ostateczny kształt polsko-sowieckiej granicy. Wysiedlenie Ukraińców czy Białorusinów i wysiedlenie Polaków to dwie strony tego samego medalu, akcje ściśle kontrolowane przez sowiecki aparat bezpieczeństwa, będące wstępem do "Wisły".

Polsko-sowiecką granicę poprowadzono tak, że po polskiej stronie z przedwojennej mniejszości ukraińskiej liczącej ponad 5 mln pozostało 600-700 tys. mieszkańców

- Raczej 600 tys. niż 700 - trudno to precyzyjnie określić, gdyż nie dysponujemy dokładniejszymi danymi. To, kto podlegał wysiedleniom, określano odgórnie. Część ludności o ukraińskich korzeniach, zwłaszcza na Podlasiu, deklarowała się jako "tutejsi". Łemkowie z Beskidu Niskiego mówili, że są Rusinami, góralami z Karpat, i często nie utożsamiali się z ukraińskością. Teza, że ukraińska społeczność w Polsce była jednorodnie nacjonalistyczna, antypolska i antykomunistyczna, jest po prostu nieprawdziwa.

Zapisane w umowie wysiedlenia trwały dwa lata. Istnieją poszlaki, że już w 1946 r. myślano, by pozostałych w Polsce Ukraińców rozproszyć po Ziemiach Odzyskanych: zachowały się relacje wysiedlanych, którzy przytaczają słowa żołnierzy pilnujących wywózek: "Nie pojedziecie na Wschód, pojedziecie na Zachód, na Dolny Śląsk, Pomorze, Mazury".

Formalna decyzja, by wywieźć Ukraińców na Ziemie Odzyskane, zapadła 29 marca 1947 na posiedzeniu Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej, ale przygotowania do tej operacji rozpoczęły się wcześniej. Nie wykluczam, iż akcję "Wisła", która początkowo miała nosić kryptonim "Wschód", chciano zsynchronizować z operacją "Zachód", planowaną w ZSRR na jesień 1947 r. (i istotnie później przeprowadzoną): w jej trakcie w ciągu dwóch miesięcy wysiedlono z zachodniej Ukrainy ponad 70 tys. ludzi. Deportacja obejmowała całe rodziny sprzyjające, zdaniem NKWD, ukraińskiej partyzantce lub w jakiś sposób spokrewnione z "bandytami UPA". Z zachodniej Ukrainy nie można było wysiedlić wszystkich, więc zabrano się za tych, których sowiecki aparat bezpieczeństwa podejrzewał o brak sympatii do władzy radzieckiej i o kontakty z podziemiem.

Śmierć Świerczewskiego miała wpływ nie tyle na kształt akcji "Wisła" i na decyzję o jej przeprowadzeniu, bo ona i tak by się odbyła, ile na przyspieszenie jej terminu. Po prostu władza uznała, że nie warto marnować tak znakomitej propagandowo okazji. O lepszym pretekście komuniści nie mogli nawet marzyć. Nadto wykazali się znakomitą, choć chyba niezamierzoną, intuicją. Gdyby obie operacje - "Wschód" i "Zachód" - odbyły się w tym samym czasie i pod projektowanymi na początku kryptonimami, nikt nie miałby wątpliwości, że to polsko-sowieckie bliźniaki.

Realizacja polsko-sowieckiej umowy o wymianie ludności przebiegała w sposób brutalny. Obok oficjalnych deklaracji władz: "Polska obecna jest inna niż Polska z roku 1939 i nie będzie tolerowała ucisku narodowościowego. Ludność ruska i ukraińska może sobie żyć na równi z ludnością polską, korzystając z tych samych praw, co i naród polski", przypomnijmy przechwałki Jana Gerharda, dowódcy 34 pułku piechoty, późniejszego autora książki "Łuny w Bieszczadach", który tak wspominał tamte deportacje: "Ustaliliśmy swoisty rekord. W ciągu 14 dni przeszliśmy 200 km gór i lasów, 11 tys. ludzi przesiedlonych, ponad 20 tys. sztuk bydła wraz z nimi".

- Co do tego, że wysiedlenia miały brutalny przebieg, nie ma żadnej wątpliwości, choć do połowy 1945 r. starano się używać głównie nacisków administracyjnych, np. pozbawiać Ukraińców prawa do udziału w reformie rolnej lub szczególnie surowo egzekwować kontyngenty żywnościowe i podatki. Widziałem też taki dokument: w jakiejś ukraińskiej wiosce część rodzin, powołując się na dobrowolność wyjazdu, postanowiła zostać w Polsce. Do wsi przyjechał oddział NKWD, przeprowadził, jak to ujmowano w sowieckich dokumentach, "rozmowy wyjaśniające", po czym wszyscy postanowili jednak wyjechać. Możemy się tylko domyślać, jak NKWD-ziści rozmawiali z ukraińskimi chłopami, jakich używali argumentów.

W realizacji umowy o wymianie ludności trudno przecenić rolę NKWD. Polscy i ukraińscy historycy są zgodni, że deportacje z Polski i do Polski były ściśle nadzorowane przez ZSRR. Funkcjonariuszom UB, milicji, żołnierzom Wojska Polskiego przypadła rola wykonawców i pomocników.

Zimą i wiosną 1945 r. po polskiej stronie granicy doszło do szeregu krwawych wydarzeń. W ciągu dwóch miesięcy spalono, zrujnowano kilkadziesiąt wiosek, zamordowano około trzech tysięcy Ukraińców. Zniszczono wtedy między innymi Pawłokomę, wieś na Pogórzu Dynowskim, gdzie zabito 365 osób. W antyukraińskich akcjach brały udział różne ugrupowania: regularne polskie wojsko, milicja, UB, ale też oddziały podziemia poakowskiego i narodowego, a nawet żołnierze Batalionów Chłopskich. Być może był to spontaniczny odruch odwetu za to, co niedawno miało miejsce na Wołyniu i w Galicji Wschodniej [na terenach tych w latach 1943-44 w wyniku antypolskiej akcji UPA zginęło 80-100 tys. Polaków - red.].

Ale to wszystkiego nie tłumaczy, gdyż decyzje o niszczeniu wsi nie zapadały w głowach żołnierzy - wykonawców, ale wyżej, na szczeblu dowódczym. Nie sądzę, by tam kierowano się takimi emocjami. Może więc chodziło o to, by zmusić Ukraińców do wyjazdu. Jakkolwiek było, polskie działania spowodowały ukraińską kontrakcję, również krwawą i okrutną, wymierzoną przeciw wojsku, milicji, podziemiu, ale też polskim wsiom. Tylko w Wiązownicy w Przemyskiem oddziały UPA zabiły ponad 100 Polaków.

I nagle, jakby niespodziewanie, między polskim i ukraińskim podziemiem zapanował rozejm.

- Obie strony uznały, że głównym przeciwnikiem jest jednak władza komunistyczna. Potyczki polskiego podziemia z UPA zostały zastopowane przez szereg porozumień podpisywanych przez lokalnych dowódców w Przemyskiem i na Lubelszczyźnie, między innymi 21 maja 1945 w Rudzie Różanieckiej. Zakazywały one ataków na wsie, mówiły o zakończeniu wzajemnych starć i podjęciu wspólnej walki z NKWD i UB, a przede wszystkim - o konieczności wymiany informacji o ruchach oddziałów podporządkowanych władzy. Rozejm zawarty przez polskie i ukraińskie podziemie miał zauważalny wpływ na ówczesną sytuację. W pierwszych miesiącach 1945 r. we wzajemnych walkach i pacyfikacjach zginęło kilka tysięcy Ukraińców i Polaków. W miesiącach późniejszych liczba zabitych po obu stronach spada radykalnie. Najbardziej dramatycznym wydarzeniem już po zawarciu rozejmu jest mord na mieszkańcach ukraińskiej wsi Wierzchowiny dokonany w czerwcu 1945 r., najprawdopodobniej przez oddział, który chciał doprowadzić do zerwania polsko-ukraińskiego zawieszenia broni [zginęło tam kilkuset Ukraińców - red.].

Jednak po kilku miesiącach względnego spokoju dochodzi do ponownej eskalacji konfliktu, właśnie wtedy, gdy do akcji wysiedleń przystępują oddziały Wojska Polskiego: przede wszystkim trzecia, ósma i dziewiąta dywizje piechoty.

Czyli formacje złożone przede wszystkim z Wołyniaków i mieszkańców Galicji Wschodniej. Wysiedlenia pod przymusem administracyjnym to już niemal radosna przeszłość. Do głosu dochodzi pragnienie zemsty za czystki etniczne UPA z lat 1943-44. Takie uczucia bardzo pomagają w ostatecznym wypełnieniu polsko-sowieckiej umowy o deportacjach.

- W 1946 r. w beskidzkich wsiach Zawadce Morochowskiej i Terce zabito po kilkadziesiąt osób, a nie były to jedyne ukraińskie ofiary. Lecz choć wysiedleń dokonywano polskimi rękoma, nie zmienia to faktu, że całość była kontrolowana przez NKWD. Wskazują na to choćby raporty końcowe, słane do I sekretarza Komunistycznej Partii Ukrainy Nikity Chruszczowa. Wynika z nich, że do 20 listopada 1946 wysiedlono 482 880 osób, z czego około 440 tys. Ukraińców. 24 tys. wysiedleńców podało jako swoją narodowość - rosyjską, a 19 tys. określiło się jako Rusini. W końcu 1946 r. przesiedlenia do ZSRR ostatecznie zakończono oficjalną liczbą 488 tys. wywiezionych.

W dokumentach ukraińskiego podziemia, także w relacjach żołnierzy UPA, pojawia się teza, że ukraińska partyzantka działająca na terenie Polski lubelskiej skupiała się przede wszystkim na samoobronie i - ewentualnie - akcjach odwetowych. Rozmawiałem z wieloma szeregowymi kombatantami UPA, którzy mówili, że zapewne nigdy nie poszliby do lasu, gdyby nie moralny przymus obrony własnych domów.

- W stosunkach polsko-ukraińskich rok 1943 i 1944 to czas czystki etnicznej, próba usunięcia Polaków z terenów, które kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i UPA uznawało za rdzennie ukraińskie. Z kolei lata 1945-47 to okres wysiedleń, zaplanowanego przez komunistów porządkowania sytuacji narodowościowej w całej Europie; wywózki Ukraińców czy Polaków są tylko elementem szerszej układanki. Więc o ile wcześniej UPA była formacją atakującą, zaczepną, to w okresie poprzedzającym akcję "Wisła" przede wszystkim broniła rodaków przed wysiedleniami. To zasadnicza różnica między tym, co działo się na ziemiach dzisiejszej Polski, a tym, co miało miejsce wcześniej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.

Latem 1945 r. w Polsce działało raptem kilka sotni UPA; na Lubelszczyźnie nie liczyły one nawet po stu żołnierzy. Dowództwo ukraińskie wyprowadzało partyzantów z lasu, lokowało po wsiach, gdyż nie zależało mu na rozwoju akcji zbrojnych. Podziemie ukraińskie w Polsce miało być oknem na świat informującym Zachód o tym, co działo się i dzieje na Ukrainie. W Londynie czy w Waszyngtonie mało kogo obchodziło, że w Polsce działa jakaś ukraińska partyzantka. Ważne było, że taka partyzantka walczy w ZSRR.

Na Ukrainie UPA walczyła z władzą sowiecką do początku lat 50. W wyniku antypartyzanckich akcji NKWD pół miliona Ukraińców zostało zabitych, aresztowanych i zesłanych do łagrów, a z rąk UPA zginęło 30 tys. przedstawicieli władz. Wiadomości o tym starano się przerzucać na Zachód via Polska, gdyż była to najłatwiejsza droga. Żeby nie gubić celu nadrzędnego, ukraińska partyzantka miała w Polsce siedzieć możliwie cicho, trwać na posterunku.

Lecz kiedy w drugiej połowie 1945 r. polskie wojsko rozpoczęło przymusowe wysiedlenia, obejmując swoimi działaniami całe terytorium zamieszkane przez ukraińską mniejszość, UPA przystąpiła do otwartej walki: ukraińska młodzież poszła do lasu, a liczba sotni w ciągu paru miesięcy wzrosła do kilkunastu. Najsłynniejsze oddziały UPA działające po polskiej stronie granicy, sotnie "Chrina" i "Stacha", były formowane pod hasłem obrony własnych domów. "Chrin" we wspomnieniach napisał otwarcie, że był to jedyny sposób na przyciągnięcie do partyzantki łemkowskich górali. Dopiero po kilku miesiącach pracy wychowawczej - w UPA byli oficerowie polityczno-wychowawczy - mówiono żołnierzom, że w dalekiej perspektywie chodzi także o niepodległość Ukrainy.

Niepodległość Ukrainy pozostawała raczej w sferze marzeń. Trudno przypuszczać, by w tamtym czasie komukolwiek chodziło po głowie, że w środku obozu komunistycznego jest miejsce na "Samostijną", na kraj rozbijający porządek pojałtański. I kto miał tę niepodległość wywalczyć? Niespełna dwa tysiące partyzantów?

- Przywódcy ukraińskiego podziemia wiedzieli, że niepodległość to plan bardzo daleki. Lecz myśleli, że ziści się w możliwej do wyobrażenia perspektywie, może w wyniku kolejnej wojny światowej. Na kolejną wojnę liczyli również niektórzy polscy politycy. Jednak dla strzelców z sotni UPA najważniejsze były własne wsie, własne gospodarstwa.

I trudno się temu dziwić, choćby po lekturze raportów terenowych przedstawicieli polskiego rządu: "tereny, w których operowało wojsko, są już prawie oczyszczone z ludności ukraińskiej. Ludność ta, chcąc uniknąć przesiedlenia, uciekała w las, a nawet, przekraczając granice, chroniła się na terytorium Czechosłowacji, skąd ostatecznie tamtejsze władze wydały ją w ręce WP. (...) W obecnej chwili wojsko odstawia na stacje załadowcze resztki pozostałej i złapanej w obławach ludności. Wsie są prawie puste". Włos na głowie się jeży - to sformułowania pasujące jak ulał do wojny w Bośni lub w Ruandzie.

- Przesiedlenia na Ukrainę były brutalne, więc można nazwać przeciwdziałanie UPA samoobroną, choć takie sformułowanie irytuje nawet dziś znaczną część Polaków. W czasie walki z wysiedleniami Ukraińcy prowadzili akcje przede wszystkim przeciwko wojsku i administracji państwowej. Ale niejednokrotnie w odpowiedzi na działania wojska atakowano polskie miejscowości. Spalono między innymi przemyskie Nowosielce, Bukowsko, Nagórzany i Nadolany. Polskie wsie niszczono nie tylko w rewanżu za wysiedlenia ukraińskich osiedli, lecz także po to, by wojsko nie miało gdzie kwaterować, skąd brać żywności. I choć istnieją rozkazy dowódców UPA zakazujące zabijania cywilów, takie ofiary padały. Np. w grudniu 1945 w Nowosielcach zginęło 17 osób.

istoryk, analizując tamte wydarzenia, może stwierdzić, że te ataki były nieporównywalne do tego, co się działo na Wołyniu, choćby ze względu na małą liczbę ofiar cywilnych. Lecz wiedza historyczna nie może kwestionować ludzkich uczuć. Dla Polaków z wiosek spalonych w odwecie czy z powodów wojskowej logistyki była to po prostu straszna tragedia.

Gen. Świerczewski jeszcze żyje, gdy w styczniu 1947 gen. Stefan Mossor, późniejszy główny wykonawca akcji "Wisła", składa marszałkowi Michałowi Rola-Żymierskiemu, ministrowi obrony narodowej i szefowi Państwowego Komitetu Bezpieczeństwa, sprawozdanie z sugestią wysiedlenia Ukraińców, których nie udało się wywieźć do ZSRR, "pojedynczymi rodzinami, w rozproszeniu na całych Ziemiach Odzyskanych, gdzie się szybko zasymilują".

- Nie ulega wątpliwości, że celem akcji "Wisła" było całkowite rozwiązanie problemu ukraińskiego, pełna asymilacja polskich Ukraińców. Można zastanawiać się tylko, dlaczego po wysiedleniach do ZSRR w Polsce zostało około 150 tys. Ukraińców. Bo choć z jednej strony wysiedlenia na Wschód były bardzo brutalne, to z drugiej istnieje, także w upowskich meldunkach, sporo świadectw, że ludność polska pomagała Ukraińcom. Administracja fałszowała dane, szeregowi żołnierze, a czasami nawet oficerowie, jak to określono w jednym sprawozdaniu OUN-UPA - wyrzucali "wysiedlanych drzwiami, lecz wpuszczali na powrót oknem".

Ówczesne władze operowały całkiem innymi liczbami. Gen. Mossor szacował mniejszość ukraińską pozostałą w Polsce po wysiedleniu Ukraińców do ZSRR na niewiele ponad 20 tys.

- I to, być może, jest odpowiedź na pytanie, dlaczego - po masowych deportacjach na wschód - postanowiono resztkę polskich Ukraińców przesiedlić na Ziemie Odzyskane. Być może w marcu 1947 komuniści nie wiedzieli, z jakim problemem mają do czynienia. Dopiero w trakcie akcji "Wisła" okazywało się, że rodzin ukraińskich i polsko-ukraińskich (bo i takie podlegały wysiedleniu) jest znacznie więcej. Na Zachód pojechali również funkcjonariusze administracji lokalnej narodowości ukraińskiej, milicjanci, byli partyzanci Armii Ludowej i żołnierze Armii Czerwonej. Pamiętajmy, że wysiedlano wówczas także czysto polskie rodziny żyjące w ukraińskim otoczeniu, uważając, że są politycznie niebezpieczne, "zupełnie przegniłe na skutek propagandy PSL i NSZ" (to znowu cytat z dokumentu).

Historycy do dzisiaj nie natrafili na ani jeden dokument, w którym Moskwa nakazywałaby Polakom przeprowadzenie akcji "Wisła".

- Uzależnienie Polski od ZSRR było w tym czasie tak ścisłe, że nie ma mowy, by taka operacja odbywała się bez sowieckiej wiedzy i zgody. Nie wiemy natomiast, czy akcja "Wisła" była polską inicjatywą, czy też z Kremla przyszło polecenie nakazujące deportację. Są historycy, którzy uważają, że za wysiedleniami stała Moskwa, oraz tacy, którzy sądzą, że było to suwerenne postanowienie Biura Politycznego PPR. Moim zdaniem za decyzją polskich komunistów stali Sowieci - Moskwa była zainteresowana w tym, by w Polsce nie działała ukraińska partyzantka i podziemie polityczne, by wiadomości o sytuacji w ZSRR nie wydostawały się dalej na Zachód.

Jeśli jednak nawet decyzję podjęto na Kremlu, wiele osób z polskiej strony przyjęło ją z zadowoleniem. Antyukraińskie nastroje były wówczas bardzo silne i nie omijały najwyższych władz.

Wydaje się, że śmierć Świerczewskiego to był przypadek. Generał trafił w zasadzkę szykowaną przez partyzantów sotni "Chrina", w którą mieli wpaść wopiści stacjonujący w bieszczadzkiej wsi Cisna - zniszczyli oni szpital jego sotni. Nie wiadomo nawet, czy generał zginął od ukraińskiej, czy od polskiej, być może przypadkowej, kuli. W PRL-owskiej historiografii akcję "Wisła" traktowano jako operację niezbędną do zniszczenia zaplecza ukraińskich "bandytów z UPA". Tymczasem w 1945 r. w wyniku akcji ukraińskiego podziemia na terenach Krakowskiego, Rzeszowskiego i Lubelskiego zginęło 368 cywilów, w 1946 r. - 98, a w roku akcji "Wisła" - sprowokowanej podobno śmiercią generała i nadzwyczajną aktywnością UPA - tylko 16. Czy UPA nie chciała się bić? A może już nie miała siły?

- Po masowych deportacjach na Ukrainę, które zakończyły się latem 1946 r., ukraińskie podziemie w Polsce znalazło się w pewnym kłopocie. Istnienie wielkich oddziałów partyzanckich przestało mieć większy sens. Dowództwo UPA znakomicie zdawało sobie z tego sprawę, również dlatego, że partyzantka powoli zaczęła tracić poparcie miejscowej ludności. Wysiedlenia do ZSRR oficjalnie się skończyły, pozostali w Polsce Ukraińcy stali się polskimi obywatelami. Ludność ukraińska uważała więc, że nie ma sensu prowokować Polaków, najgorsze już minęło, przyszedł czas na w miarę spokojne życie. Dowództwo UPA nie mogło jednak rozwiązać oddziałów, na przeszkodzie stały choćby panujące w nich radykalne nastroje, wywołane polsko-sowiecką akcją przesiedleńczą. Postanowiono zatem czekać na wielką militarną operację przeciwko ukraińskiej partyzantce. Spodziewano się jej zimą 1946/1947 r. W momencie rozpoczęcia polskiej akcji zamierzano część oddziałów przerzucić na Zachód, a część - na Ukrainę.

Patrząc na sprawę z polskiego punktu widzenia jest zupełnie oczywiste, że zimą z 1946 na 1947 r. istniała szansa przeprowadzenia antypartyzanckiej, skutecznej akcji wojskowej, bez odwołania się do etnicznego czyszczenia Polski południowo-wschodniej. Można było całkowicie zniszczyć działające tam oddziały UPA, a przynajmniej wyrzucić je z kraju. Akcja taka, nie poparta wysiedleniami, byłaby z pewnością trudniejsza, ale całkowicie wykonalna i ograniczona do stosunkowo niewielkiego terytorium. Szło bowiem o wąski pas przygraniczny, przede wszystkim o Roztocze, Pogórze Przemyskie, Bieszczady, w znacznie mniejszym stopniu o Beskid Niski, gdzie działała tylko jedna sotnia, która zresztą przyszła z Bieszczad w 1946 r. i z trudem trwała w terenie z powodu niechęci Łemków. W Beskidzie Niskim poparcie dla UPA było minimalne. Możliwe było zlikwidowanie partyzantki poprzez skierowanie przeciwko niej licznych oddziałów WP złożonych z dobrze wyszkolonych żołnierzy a z drugiej strony - kokietowanie ludności cywilnej, obiecywanie nagrody w zamian za lojalność wobec państwa polskiego.

Do takiej operacji nie doszło, gdyż władze komunistyczne uważały, że głównym dla nich zagrożeniem jest PSL Stanisława Mikołajczyka i polskie podziemie niepodległościowe. A UPA? To był problem wyłącznie lokalny i z militarnego punktu widzenia ograniczony, w żadnym razie nie polityczny, nie ogólnokrajowy. Zakładano, że kwestia ukraińskiej partyzantki rozwiąże się sama, w wyniku wysiedlenia Ukraińców. Dlatego zimą 1946/47 trzy czwarte polskich sił wojskowych rozlokowanych w rejonach objętych działaniami UPA skierowano do akcji fałszowania wyników wyborów do Sejmu Ustawodawczego, które odbyły się w styczniu 1947.

Tymczasem władza postawiła na deportacje. Przy obliczaniu sił koniecznych do przeprowadzenia akcji "Wisła" w ogóle nie brano pod uwagę ewentualnych walk z partyzantami. Za to znęcano się nad rodzinami członków podziemia, trwały masowe aresztowania.

- Władzom nie chodziło bowiem jedynie o likwidację UPA, lecz o całkowite pozbycie się problemu z mniejszością ukraińską. Operacja "Wisła" rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 o godzinie czwartej nad ranem. Około 21 tys. żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, funkcjonariuszy UB, MO i SOK otoczyło ukraińskie wsie w Rzeszowskiem, a kilka tygodni później - także w Lubelskiem. Przeznaczeni do wywózki dostali raptem ok. dwóch godzin na zapakowanie dobytku, po czym zwieziono ich do punktów zbornych; był to często kawał gminnego pastwiska otoczonego drutem kolczastym. Stąd po pewnym czasie kierowano ich na stacje załadowcze, gdzie mieszkańców jednej wsi rozdzielano i koleją kierowano w różne zakątki Ziem Odzyskanych Z powodu trudnych warunków panujących w czasie podróży zmarło co najmniej 27 osób. Ukraińców miano osiedlać daleko od granicy państwowej, w skupiskach nie przekraczających dziesięciu procent miejscowej ludności, by otoczeni przez ludność polską szybko ulegli asymilacji.

W punktach zbornych Ukraińcy byli sprawdzani przez funkcjonariuszy UB. Księża, inteligencja, osoby podejrzane o sprzyjanie partyzantom lądowały w więzieniach i przed sądami wojskowymi. Albo w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie, gdzie znalazło się około 3900 osób, w tym 916 kobiet, 107 dzieci oraz 27 księży grekokatolickich i prawosławnych. 161 więźniów Jaworzna poniosło śmierć w obozie.

Deportowanych Ukraińców podzielono na kategorie według domniemanego lub prawdziwego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa.

- Kategorię A otrzymywał człowiek notowany przez UB, kategorię B - uznany za podejrzanego przez wojsko, C - podejrzewany przez dowódcę oddziału przeprowadzającego wysiedlenie, czyli praktycznie cała reszta. Był to początek ogromnej policyjnej operacji poddania polskich Ukraińców totalnej kontroli. Z jednej strony Ukraińcy mieli zostać spolonizowani, na Ziemiach Odzyskanych nie wolno im było kultywować rodzimej kultury, uczestnictwo w grekokatolickich mszach czy przekazywanie historii Ukrainy uważano za działalność nacjonalistyczną. Z drugiej - jako element niepewny - mieli być totalnie zinfiltrowani. Taka kontrola, wedle ostatnio ujawnionych dokumentów, trwała do 1989 r.; wiele osób zmuszano do współpracy z UB i SB, do pisania raportów, donoszenia na sąsiadów. Zdaniem wrocławskiego historyka Tomasza Balbusa, tylko do końca czerwca 1947 wśród wysiedleńców z akcji "Wisła" UB pozyskało 852 informatorów.

Niektórzy historycy są zdania, że z racji na tragiczne zaszłości polsko-ukraińskiej historii władza postanowiła przy okazji akcji "Wisła" podlizać się narodowi. Kartę ukraińską rozegrano podobnie do karty niemieckiej; wiadomo było, że po wojnie każda akcja antyniemiecka, mimo że prowadzona przez komunistów, spotka się ze społeczną akceptacją. Czas akcji "Wisła" to początek i jeden ze szczytów trwającej przez cały okres PRL antyukraińskiej kampanii propagandowej.

- Nie wiem, czy komuniści kierowali się takimi motywami. Niewątpliwie natomiast przez dziesięciolecia propaganda PRL starała się wykorzystać okres zwalczania UPA do legitymizowania władzy komunistycznej i robiła to z wielkim powodzeniem. Starano się stworzyć stereotypowy obraz Ukraińca. Dobrym Ukraińcem był tylko komunista, żołnierz sowieckiej partyzantki lub Armii Czerwonej, a także funkcjonariusz NKWD. Złym - każdy, kto myślał o powstaniu niepodległej Ukrainy. Komunistyczna propaganda stawiała znak równości między sojusznikiem marszałka Piłsudskiego, atamanem Symonem Petlurą, a dowódcą UPA, gen. Romanem Szuchewyczem, między metropolitą Andrzejem Szeptyckim, a przywódcą OUN Stepanem Banderą. Starano się wyrobić w Polakach przekonanie, że niepodległa Ukraina musi być dla nas zagrożeniem.

Co gorsza, z powodu ograniczeń cenzuralnych, przez wiele lat historycy nie mogli rzetelnie badać rzeczywistych zbrodni popełnionych przez UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-1944. To sprawiało, że ludzie tam pokrzywdzeni czuli się jeszcze bardziej poszkodowani. Nie pozwalano nawet badać liczby zabitych tam Polaków, więc powstawały mity o 300-500 tys. polskich ofiar (w rzeczywistości zginęło 80-100 tys.). Jednocześnie mitologizowano okres wysiedleń z lat 1945-47, gdzie to ludność ukraińska cierpiała z powodu prowadzonych deportacji. UPA działającej na ziemiach dzisiejszej Polski przypisywano nie popełnione zbrodnie, w tym celu publikowano nawet sfałszowane źródła historyczne. Jan Gerhard potrafił np. w "Łunach w Bieszczadach" rzeczywisty atak na oddział WOP przedstawić jako masakrę transportu chorych i rannych żołnierzy. Akcję "Wisła" ukazywano jako operację humanitarną - ewakuację ludności cywilnej w obronie przed bandytami. Taka propaganda zapadła w polską świadomość zbiorową. W znacznej części polskiego społeczeństwa obowiązuje negatywny stereotyp Ukraińca - rezuna.

Propaganda komunistyczna wykorzystywała również działania UPA do kompromitowania polskiej partyzantki niepodległościowej; porozumienia UPA i poakowskiego podziemia chętnie nazywano przymierzem polskich i ukraińskich faszystów. Jeszcze w latach 80. takimi porównaniami próbowano kompromitować ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela ruchu Światło-Życie. Ks. Blachnicki na emigracji w Karlsbergu doprowadził do paru polsko-ukraińskich spotkań, więc natychmiast w książce Edwarda Prusa "Atamania UPA" (tylko w pierwszym wydaniu z 1988 r.) pojawiły się sugestie, że sprzymierzył się z ukraińskimi faszystami, najpewniej z inspiracji zachodnioniemieckiego wywiadu.

W 1989 r. i Polacy, i Ukraińcy uznali, że można będzie wreszcie powiedzieć prawdę. Tyle że jedni chcieli prawdy o Wołyniu, a drudzy - o akcji "Wisła". W PRL nie było szans, by te dwie prawdy skonfrontować. Teraz doszło do starcia, widocznego choćby w różnych emocjonalnych dyskusjach. Przy czym obydwie strony sporu często nie zauważają, że te prawdy się wzajemnie nie wykluczają, lecz uzupełniają. I w jednym, i w drugim wypadku mieliśmy do czynienia z ludzką tragedią. Przyznanie, że Ukraińcy w czasie akcji "Wisła" ponieśli niezawinioną krzywdę, że zastosowano wobec nich niczym nie usprawiedliwioną odpowiedzialność zbiorową, w niczym nie umniejsza pamięci polskich ofiar na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.

Ale niektórzy ludzie powiadają, że akcja "Wisła" to była to zasłużona kara, bo najpierw był Wołyń. Tymczasem obciążanie polskich Ukraińców za wołyńskie masakry oznacza w gruncie rzeczy to samo, co obwinianie opolskich Niemców za hitlerowskie obozy zagłady.

- Istnieje pogląd, że gdyby nie antypolska czystka etniczna na Wołyniu, nie doszłoby do akcji "Wisła", więc akcja "Wisła" jest usprawiedliwiona. Taki pogląd zakłada, że przez cały czas polsko-ukraińskiego konfliktu UPA działała w jeden i ten sam sposób, kierowała się takimi samymi przesłankami, czystka etniczna rozpoczęta na Wołyniu była kontynuowana w Polsce do 1947 r., a partyzantki ukraińskiej nie można było zlikwidować inaczej, jak przez masowe wysiedlenia. Tyle tylko, że są to założenia nieprawdziwe, bo w Polsce UPA zmieniła taktykę, nie myślała o czyszczeniu etnicznym, ale o obronie i przetrwaniu ukraińskiej mniejszości.

Wedle kryteriów ONZ masowe wysiedlania nazywane są zbrodnią przeciwko ludzkości.

- Można się spotkać z opinią, że akcja "Wisła" to zbrodnia, która nie ulega przedawnieniu. Jednak zdaniem przynajmniej niektórych prawników akcja "Wisła" była "tylko" przestępstwem i bezprawiem, natomiast charakter zbrodni przeciwko ludzkości miały niektóre wydarzenia towarzyszące wysiedleniom, np. pacyfikacja Zawadki Morochowskiej.

Gdy mówimy o akcji "Wisła", warto cały czas mieć w pamięci, że decyzję o deportacjach podjęło Biuro Polityczne - Bierut, Berman, Gomułka, Radkiewicz. To ci sami ludzie, którzy wówczas konsekwentnie i brutalnie działali na rzecz stalinizacji Polski. Jest taki pogląd, który głosi, że niezależnie od tego, jaki rząd miałaby ówczesna Polska, nawet demokratyczny i suwerenny, do wysiedlenia Ukraińców musiałoby dojść, gdyż żadna Polska nie mogłaby tolerować rozsadzającej ją mniejszości, co gorsza - mieszkającej w zwartych skupiskach blisko granicy. Istotnie, każdy demokratyczny polski rząd walczyłby z UPA, bo takiej partyzantki nie może tolerować żaden rząd w żadnym kraju. Jednak sugerowanie, iż polscy demokraci uciekliby się do stosowania odpowiedzialności zbiorowej wobec własnych współobywateli, do wysiedlenia wszystkich bez patrzenia na to, czy ktoś jest winny, czy nie, jest nadużyciem. Głosząc taki pogląd milcząco uznajemy, że tak naprawdę nie jest ważne, czy powojenna Polska była satelitą ZSRR, czy byłaby wolna i niepodległa, czy jej prezydentem był Bolesław Bierut, czy byłby nim londyński prezydent Władysław Raczkiewicz, czy pod Jabłonkami zginął Karol Świerczewski, czy zginąłby Władysław Anders, czy wreszcie akcją wysiedleń kierował gen. Mossor, czy kierowałby Tadeusz Bór-Komorowski. Takie stawianie znaku równości między tymi ludźmi - nawet jeśli dotyczy tylko sposobu widzenia kwestii ukraińskiej - jest niedopuszczalne.

Czy obciążanie odpowiedzialnością za akcję "Wisła" wyłącznie komunistów nie jest po części delegowaniem polskiej winy zbiorowej? Znów cytat z dokumentów słanych z terenu do warszawskiej centrali: "społeczeństwo było za wysiedleniem wszystkich Łemków". Albo: "akcja przesiedleńcza spodobała się społeczeństwu nie tylko nowosądeckiemu, ale i w innych powiatach rząd pozyskał wiele sympatii".

- Ocena odpowiedzialności Polaków za akcję "Wisła" to fragment naszego stosunku do Polski Ludowej, podobnie jak ocena kampanii antysemickiej w 1968 r. albo inwazji na Czechosłowację. Wszystko to było robione polskimi rękami, czasami wręcz z entuzjazmem, lecz z podpuszczenia, z inspiracji władzy. W przypadku akcji "Wisła" entuzjazm był zapewne nawet większy, ale nie wolno zapominać, kto wówczas rządził w Polsce, więc jest odpowiedzialny szczególnie.

Akcja "Wisła" trwa kilka miesięcy, wedle kryteriów etnicznych deportowano 150 tys. ludzi, tysiące aresztowano, zamknięto w jaworzniańskim obozie, wielu skazano na wieloletnie więzienie lub na karę śmierci za faktyczną lub fikcyjną przynależność do OUN i UPA. Jej koniec to dekoracja na polsko-czechosłowackiej granicy żołnierzy zasłużonych w wysiedleniach (zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, co byśmy czuli oglądając Slobodana Miloszevicia dekorującego orderami za męstwo żołnierzy serbskich, wsławionych czyszczeniem etnicznym Bośni). Ale ostatnie wysiedlenia Ukraińców to lata 50., gdy o UPA działającej w Polsce nie ma już mowy.

- Dokładnie rok 1952, gdy wysiedlano ludzi z Podlasia, po części tych, którzy nielegalnie wrócili z pierwszej wywózki. Partyzantka ukraińska nie istniała już od 1947 r.; sotnie UPA wykrwawione w walkach z wojskiem przebiły się na Zachód i Ukrainę, resztki cywilnej siatki konspiratorów przetrwały raptem rok dłużej. Wysiedlenia nie mają więc nawet pozornego militarnego uzasadnienia. To kolejny dowód, co naprawdę było celem deportacji i z jaką konsekwencją były przeprowadzane.

Ukraińcy stali się w PRL grupą poddaną w sposób szczególny kontroli, podobnie jak księża czy kombatanci AK. Niektórzy z moich kolegów prowadząc badania nad polskim podziemiem, przeglądając akta procesowe z lat 40. czy 50., czasem odnajdywali aktualne adresy konspiratorów. Są to ślady "opieki", jaką do końca lat 80. roztaczano nad nimi i ich rodzinami. Tak samo postępowano z Ukraińcami.

Dochodziło także do prowokacji organizowanych przez służby bezpieczeństwa. Wspólne antyukraińskie operacje kontrwywiadowcze prowadziły polskie i sowieckie służby specjalne. Między 1948 a 1954 r. polscy i sowieccy agenci stworzyli fałszywą siatkę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, przyjmowali członków, kontaktowali się z organizacjami ukraińskiej emigracji, ściągali do Polski ludzi, którzy potem trafiali do więzień. To była pierwsza wspólna akcja tego typu. Podobne organizowano w następnych latach. Ostatnią, oznaczoną kryptonimem "Bumerang", zakończono w 1988 r., gdy już było wiadomo, że w Polsce kończy się komunizm. Akcję uznano za udaną, a podsumowano na wspólnej konferencji prasowej w Kijowie, w której uczestniczyli oficerowie SB i KGB.

Czy Polska zyskała cokolwiek na akcji "Wisła"?

- Nic, prócz wstydu. Podziemie ukraińskie można było zneutralizować mniejszym kosztem. Spokój od mniejszości narodowej jest spokojem ze stalinowskim rodowodem. Dziś dźwigamy tylko balast, w stosunkach polsko-ukraińskich tkwi dodatkowa zadra. Inaczej mówilibyśmy o polsko-ukraińskich sporach, o Wołyniu, o Galicji Wschodniej, gdybyśmy nie mieli na sumieniu akcji "Wisła".

Dr Grzegorz Motyka - historyk, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN i Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, koordynator programu ukraińskiego IPN. Współautor (razem z Rafałem Wnukiem) książki "Pany i rezuny. Współpraca AK-WiN i UPA w latach 1945-1947" (1997) oraz "Tak było w Bieszczadach. Walki polsko-ukraińskie 1943-1948" (1999)
 


Historyk, analizując tamte wydarzenia, może stwierdzić, że te ataki były nieporównywalne do tego, co się działo na Wołyniu, choćby ze względu na małą liczbę ofiar cywilnych. Lecz wiedza

WASZE KOMENTARZE (0)

Pseudonim:
Komentarz:
Kod z obrazka: